piątek, 31 stycznia 2014
Od Tsumentai
Pamiętam jakby to było zaledwie wczoraj. Zielone trawy rozciągające się aż po horyzonty – zakończone ostrymi czubkami ośnieżonych gór. Odległe lasy, w których gęstwina liści była tak wielka, że niemal była nie do przebycia. Szum wodospadu, który chuczał tak głośno, jakby znajdował się dwa kroki ode mnie, a tak naprawdę, nie mogłam go nawet dojrzeć. Lecz w mojej wyobrażni widziałam wszytko – kaskady wody spadające z szarych, lśniących skał pokrytych mchem. Robryzgi białej piany oraz delikatna tęcza migocząca między kropelkami. Wszystko to wydawało się jak z bajki, jednak wierzyłam, gdzieś w głębi serca wiedziałam, że miejsca tak piękne muszą istnieć.
Na niebie szybujący panowie przestworzy – orły – bez żadnych granic, rozkazów, zakazów....wolni....dzicy...Ach! Gdy zamykałam oczy widziałam to wszystko - świat, który znajdował się poza granicami starego, zpruchniałego lasu, którego, niestety, musiałam nazywać domem. Kiedy zatopiłam się w rozmyśleniach niemal czułam ten wiatr targający me futro. Zapachy dochodzące ze wszystkich stron, zwiastujące kolejną przygodę!
Niestety, kiedy otwierałam oczy i cała rzeczywistość zwalała mi się na głowę jak wielki mur, znów widziałam ten ciemny, monotonny las. Stare drzewa pełne kroników, krzaki i krzewy wijące się, plączące ze sobą – tworząc cierniową barierę nie do przebycia. Zółte oczy sów oraz czerwone ślepia nietoperzy. Zawsze byłeś pod ich bacznym okiem – obserwowany niczym złodziej. Wtedy moje serce wypełniał żal. Chciałam stąd uciec, zostawić wszysto, wszystkich. Zacząć nowe życie, zobaczyć nieznane mi jeszcze do tąd miejsca oraz poczuć nie wywąchane jeszcze zapachy kwiatów, świerzych drzew i soczystych traw.
Wiele razy już o tym myślałam. Jednak za każdym razem, kiedy miałam już postawić łapę poza terenami mojego ojca, ktoś pojawiał się niz tąd ni zowąt i przeszkadzał mi w wypełnieniu swych marzeń. Lecz nadszedł wkońcu ten wymarzony dzień - dzień, w którym w końcu wykonałam ten krok...krok, który odmienił moje życie na zawsze.
Dzień zapowiadał się zwyczajnie. Ojciec wysłał mnie z rodzeństwem na łowy i kazał przynieść coś do jedzenia. Oczywiście trud był wielki a rezultat mały. Na tych terenach znaleźć można było jedynie sowy, nietoperze, szczury oraz zdziczałe koty. Każdy upolował to co mógł, a i tak nie starczyło tego na jeden posiłek dla dorosłego wilka, a była nas piątka. Nawet mowy nie było o pełnym żołądku.
Jak zwykle stary, ślepy na jedno oko brązowy basior zjadł sam połowę z tego cośmy upolowali. Zostały nam dwa szczury na całą czwórkę. Spojrzałam w smutne oczy dwóch młodzików i westchnełam. Wraz ze starszym bratem odeszliśmy rezygnując z posiłku. Poszłam pilnować granicy – jak to robiłam dzień za dniem, noc za nocą...tygodniami, miesiącami...latami.
Zatopiłam się w rozmyśleniach nie zwracając uwagi na zadanie, które dane mi było wypełnić. Utonęłam w marzeniach, nie martwiąc się tym, że ktoś miałby wkroczyć do naszego lasu i skrać zwierzynę, bądź i próbować nam odebrać dom - o co zawsze martwił się ojciec – kto by chciał wyjałowioną, spruchniałą ziemię, na której nawet nie można znaleźć pożądnego obiadu?
Miajały minuty, godziny, a ja stałam z zamkniętymi oczyma, nieruchomo niczym posąg. Wtem stało się coś czego najbardziej się obawiałam.
- Co ty robisz?! – z zamyśleń wyrwał mnie zachrypnięty głos weterana wojskowego – Miałaś pilnować granicy! A...a ty...a ty co?! – jego ostatnie zdanie przerwały nagłe ataki kaszlu.
- Co mam innego robić? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie lodowatym głosem, który miał za zadanie dać mu do zrozumienia, że nie mam ochoty na jego towarzystwo – Nic się nie dzieje, żywego ducha nie ma, nudzi mi się.
Nagle wielkie cielsko ojca zwaliło się na mniez góry i przypięło do ziemi. Jak na zchorowanego staruszka miał dość dużo sił w skrzypiących już stawach.
- Nudzi ci się?! – wrzasnał mi w twarz opluwając przy tym oczy wraz z nosem – Zaraz będziesz miała zajęcie! Bedziesz....będziesz...zmywała własną krew...krew...z drzew! – ignorując kolejne ataki kaszlu basior wyszczerzył szczerbate uzębienie,a biała piana zaczęła ściekać mu kącikami ust.
W moich oczach zalśnij strach. Zdesperowana wymierzyłam mu kopniaka w brzuch, co dało mi możliwość wywinięcia z spod jego wielkich łap. Jednak Weteran wojskowy skoczł na mnie w mgnieniu oka łapiąc za kark i tarmosząc jak upolowaną zwierzynę. Nie byłam doświadczona w walce, w końcu jak miałabym się nauczyć jeżeli nikt oprócz ojca nie umiał walczyć, a on samo nie chciał nam pokazać jak to się robi? A za młoda byłam by odkryć swoje moce. Myślałam, że to koniec, że nie ma już dla mnie ratunku. Jednak w pewnym momencie dosłyszałam głośny warkot starszego brata, który wraz z resztą wyskoczył z nikąd rzucając się na ojca. Basior puścił mnie, a ja spojrzałam przerażonymi oczyma na moje walczące rodzeństwo. Reigen – najstarszy z nas wszystkich – spojrzał na mnie tym wiecznym pewnym siebie wzrokiem.
- Biegnij! – krzyknął, jednak ja stałam w miejscu jak wryta patrząc na niego z niedowierzającymi oczyma.
- Co z wami? – zapytałam przyciszonym głosem, jednak nie było dyskusji.
- UCIEKAJ! – wrzasnął na mnie i wymierzył cios ojcu, który do końca już rozwścieczony podją się walki z własnymi dziećmi.
Momentalnie niepewność zniknęła, zastapiona wdzięcznością i tą samą iskrą pewności siebie co miał Reigen. Kiwnęłam głową na znak podziękowania i nie myśląc już o niczym więcej przebiegłam przez granicę wkraczając w początek nowego życia. Nie martwiłam się o siostrę i braci – wiedziałam, że albo ojciec polegnie z łap własnej rodziny, albo wkońcu się podda. Jednak nie liczyła na drugą opcję. Zawziętość w końcu wszyscy odziedziczyliśmy po starym basiorze.
Czułam to. W końcu to poczułam! Wolność! Ten wiatr! Te zapachy! Ziemię pod moimi łapami! Wszystko było piękne! Niebo, trawa, ziemia, horyzont, słońce, chmury...brak granic, zasad...ograniczeń...Z moich płuc wydobył się głośny wrzask zadowolenia. Nogi poniosły mnie jeszcze szybciej przed siebie, wiedziłam,że już nic nie będzie takie samo jak było...
Wszystkich przygód opisywać Wam nie będę, co to by była za zabawa? Dowiecie się o mnie wiecej później. Zapytajcie się jak chcecie, nie gryzę ; )
Powiem Wam jeszcze tyle, że wędrowało mi się przez świat ładnyh parę lat. Miałam przed sobą jeszcze siedem wiosen przygód za nim tu trafiłam. W końcu wyszalana z moim głodem przygód zaspokojonym – jednak nie do końca – przybyłam w skromne progi tej oto watahy. Co dalej będzie? Dowiemy się w swoim czasie...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz